Robert Brudziński: Zawsze graliśmy, byliśmy dla Was, naszych kibiców!

W kolejnym wywiadzie z cyklu „legendy Pogoni” mamy przyjemność zaprezentować następną wyróżnioną i niezwykle ciekawą osobowość która nie tylko walczyła na murawie o ligowe punkty ale także prowadziła zespół jako trener i działa w klubie jako członek zarządu po dzień dzisiejszy.

Szanowni Państwo, przed Wami osoba Pana Roberta Brudzińskiego, człowieka związanego z naszym klubem od ponad…40 lat! To już zapowiada że w poniższym wywiadzie przytoczymy kawał historii naszego klubu widzianej oczami zasłużonej dla Grodziskiej piłki osoby.

Każdy kibic, każdy sympatyk futbolu powinien obowiązkowo zapoznać się z poniższym wywiadem w którym to przedstawiamy pierwszego z obrońców Pogoni wybranego do historycznej 11-tki Pogoni.

Życzymy przyjemnej lektury!

Rozmawiał: Marcin Wojciechowski.

Trenerze przede wszystkim gratuluje znalezienia się w legendarnej 11-tce Pogoni. Czy spodziewał się trener takiego wyróżnienia i co dla trenera takowa nobilitacja oznacza?

RB: Absolutnie nie, bowiem wielu znakomitych i lepszych ode mnie piłkarzy biegało na boisku przy M4. Dlatego to dla mnie duże wyróżnienie. Na pewno cieszy fakt, że nie tylko ci starsi kibice Pogoni pamiętają mnie jeszcze z boiska. Przez te minione lata ja i wielu moich kolegów zostawiliśmy na boisku Pogoni dużo zdrowia tworząc jednak sporą część historii tego klubu. I dzięki temu wyróżnieniu dzisiaj jest okazja by także o nich trochę wspomnieć, bo niezależnie od nazwisk byliśmy jedną drużyną (tak na boisku, jak i poza nim).

W naszym plebiscycie wyróżnionymi zostali dodatkowo znani trenerowi: chociażby Andrzej Malinowski, Jakub Popiński czy Robert Sprawka. Co może trener powiedzieć o tych zawodnikach?

RB: Andrzej Malinowski to kawał historii tego klubu, wspaniały bramkarz i kolega poza boiskiem. Graliśmy ze sobą przez wiele sezonów i mając za plecami takiego fachowca zawsze grało się pewniej. Naprawiał nasze błędy, później głośna „reprymenda”. A krzyczeć potrafił, bo jak graliśmy na naszym stadionie to ponoć ludzie wychodzący z kościoła Św. Anny po mszy wiedzieli od razu że jest mecz (tak głośno kierował zespołem). W wąskim gronie nazywaliśmy go El Locco („szalony”) bo czasami między słupkami wyczyniał niesamowite rzeczy (ja bym tam nogi nie wstawił, gdzie on czasami głowę). Szkoda, że ciężka kontuzja (której się nabawił w barwach RKS-u Ursus) zatrzymała jego rozwój kariery bo miał „papiery na grę” w dużo wyższych ligach.
Z Robertem Sprawką grałem dużo mniej (kilka lat później dołączył do zespołu), ale to był wojownik jak Krzysztof Deć, Darek Domański, Jacek Trojanowski, Leszek Ciesielski, czy Zbyszek Kuran. Nie odpuszczał nikomu i za to był ceniony w zespole. Wspomagał drużynę w akcjach ofensywnych, a że miał „dobrze ułożoną” prawą nogę, to kilka ładnych bramek po jego akcjach strzeliliśmy.
Z Kubą Popińskim nie grałem, choć miałem z nim styczność prowadząc zespół Pogoni. To był zawodnik bardzo dobry technicznie i być może dlatego stwarzał wrażenie gry „od niechcenia”. Miał znakomity przegląd pola gry i wiedział jak najlepiej ustawić się na boisku. Do tego bardzo mocny strzał z dystansu i znakomicie uderzane rzuty wolne.

Wróćmy jednak do trenera. Od kiedy zaczął trener przygodę z naszym klubem? Pamięta trener pierwszy swój trening oraz pierwszy i ostatni mecz mistrzowski jako zawodnik? W jakich sezonach trener reprezentował barwy Pogoni?

RB: Na treningu Pogoni pojawiłem się tuż po fantastycznych dla wszystkich Polaków Mistrzostwach Świata w RFN-ie, czyli w lipcu 1974 roku. Pierwszym moim szkoleniowcem był nieżyjący już wspaniały trener i człowiek, Pan Stanisław Jarzyna. To On przygotował (a w zadzie wychował) spore grono wychowanków naszego klubu. Do kadry pierwszego zespołu trafiłem 3 lata później, ale nie pamiętam swojego debiutu. Z przerwami na studia (AWF -Warszawa w latach 1980-84) oraz grę w innych klubach (lata 1986-88) grałem w Pogoni niemal do połowy lat 90-ych. Moim ostatnim trenerem w klubie przy M4 był doskonale znany nie tylko lokalnym kibicom Pan Zbigniew Kakietek. To za jego kadencji rozwijały się talenty Tomka Feliksiaka i Krzyśka Grudkowskiego (obydwaj później zagrali w wyższej lidze). Mieliśmy dobrego trenera, fajny i doświadczony zespół i tylko szkoda, że na koniec mojej przygody z piłką nie udało nam się wtedy awansować.

Kto był wtedy trenerem zespołu oraz jego prezesem?

RB: Trenerem zespołu był wspomniany wyżej Pan Stanisław Jarzyna, natomiast Prezesem klubu o ile dobrze pamiętam Pan Gryżewski Witold.

Czy oprócz barw Pogoni reprezentował trener inne zespoły?

RB: Na różnych poziomach rozgrywek AZS-AWF Warszawa, RKS Ursus Warszawa oraz Milan Milanówek.

Ciekaw jestem trenera opinii. Jak wyglądał wtedy poziom sportowy i organizacyjny w naszym klubie i czy można go jakkolwiek porównać do tego co widzimy dzisiaj?

RB: W tamtych latach poziom sportowy nie odbiegał znacząco od dzisiejszego, choć na pewno grało się wolniej i w innym ustawieniu. Było wielu graczy, którzy spokojnie poradzili by sobie w dzisiejszej III lidze (kilku z nich zresztą zagrało w Ekstraklasie, lub na jej zapleczu). Jeśli chodzi o poziom organizacyjny, to dzisiaj jest „El Dorado” w porównaniu z choćby z latami 90-ymi (nie mówiąc już o wcześniejszych). Baza sportowa, budżet klubu, czy rozwinięty system szkolenia (Akademia) ……….dużo by pisać. Bezwzględnie jednak trzeba podkreślić, że wtedy było zdecydowanie trudniej Prezesom i działaczom organizować pracę klubu. A mimo to Pogoń kilkukrotnie walczyła o awans do ligi wyższej.

Trener Malinowski wspominał o bardzo rodzinnej atmosferze. Czy trener też uważa że kiedyś sama atmosfera i zażyłości wśród zawodników były na wyższym poziomie niż teraz?

RB: Bywały lata, że w drużynie grali sami wychowankowie, lub zawodnicy którzy zaczynali swoja przygodę z piłką w klubach ościennych (Tur Jaktorów, LKS Chlebnia). W starym budynku klubowym była jedna szatnia dla nas (i jedna dla gości), a w jej centralnym punkcie zamiast makiety boiska……….duże lustro (bezwzględnie czyste) ze służbowym grzebieniem (dzisiaj to nie do pomyślenia) na górze. Najczęściej po treningu (meczu) swoją fryzurę przygładzał „Baryła” (Marek Zdziebłowski) i „Suchy” (Stasiek Ejsmont), ale w zasadzie każdy z nas nie przeszedł obojętnie obok tego „zwierciadełka”. Bowiem do domu wracało się na piechotę ulicą Stolarską i już na osiedlu Grunwaldzka – Sadowa spotkanie z kibicami były normą. Na boisku tworzyliśmy jedną piłkarską rodzinę, ale także i poza nim. Czasu było jakby więcej na wspólne rozmowy i………….nie tylko. Nie znaczy to, że nie było czasami „różnicy zdań” między nami – bywało i tak, ale wszystko pozostawało w naszym gronie i nie przedostawało się „na miasto”. Czy dzisiaj jest podobnie? Raczej tak, choć teraz jakoś szybciej wszyscy się „zawijają” do domów samochodami w swoich grupkach.

A jak wyglądała atmosfera na samych meczach jeżeli chodzi o otoczkę czyli kibiców i doping?

RB: Kiedy ja grałem nie było u nas kibicowskich grup zorganizowanych. Był za to typowy doping rodzinny, ale na tyle głośny, że go zawsze słyszeliśmy. Pierwsza zorganizowana grupa kibicowska Pogoni pojawiła się pod koniec lat 90 pod nazwą Mad Boys (99-2003), kiedy jako szkoleniowiec prowadziłem zespół w IV lidze. Była bardzo głośna, żywiołowa i jeździła na nasze mecze wyjazdowe. Później pojawiła się IB (2006-2010), która miała bardzo fajne oprawy pirotechniczne. Tutaj można popatrzeć na ich historię działalności:
https://youtu.be/Vx4JvqDYjWU
https://youtu.be/4kQ7Uu3vOP0

Co było największą wartością a co największą bolączką w grze w piłkę w latach kiedy trener występował w Pogoni?

RB: W tamtych czasach nie tylko graliśmy ze sobą, ale także spotykaliśmy się często poza boiskiem bo mecz dla nas nie kończył się w szatni. Mimo, że były indywidualności to drużyna była największą wartością. Graliśmy dla klubu, siebie, naszych rodzin, przyjaciół, kibiców których mijaliśmy na mieście i co bardzo istotne za darmo. Klub jedynie zwracał nam koszty za zakupione przez nas obuwie piłkarskie (ale w niewielkiej kwocie i nie można było „poszaleć”). Były ogromne problemy z obuwiem piłkarskim (do treningu mieliśmy szmaciane korkotrampki, a do gry polskie Polsporty z racji swej twardości nazywane popularnie „łupkami”). O boisku trawiastym do treningu na co dzień można było zapomnieć (raz w tygodniu) i trzeba było ganiać po piachu, lub po trawiastych wybojach bocznej „Maracany”. Sauna, pływalnia, siłownia, masaż, rehabilitacja po urazie, czy jakiekolwiek wspomaganie farmakologiczne pozostawało w sferze naszych niedoścignionych marzeń.

Czy mógłby trener wskazać swój najlepszy mecz w barwach Pogoni? A może też jest jakieś spotkanie które zapadło trenerowi szczególnie w pamięci?

RB: Tych dobrych trochę było, jak i słabiutkich……….ale dwa mi zapadły mocno w pamięci.
Najlepiej czułem się na boisku w środku bloku defensywnego jako forstoper (wtedy grało się tak jak dzisiaj dwójką środkowych obrońców z dwoma bocznymi, ale nie w linii – jeden środkowy był cofnięty jako libero, a drugi wysunięty do przodu jako tzw. forstoper). Nie pamiętam już który to trener wpadł na pomysł, by z racji mojego wzrostu (193cm.) i bardzo dobrej gry głową przesunąć mnie do ataku. Zagrałem kilka spotkań na tej „wrednej” dla mnie pozycji ………zaliczając jedynego hattricka w karierze. Był to mecz u siebie z Marymontem Warszawa – wygraliśmy 3:0, a ja dwie bramki strzeliłem w pierwszej połowie i dołożyłem trzecią w drugiej. Co ciekawe, żadnej nie strzeliłem głową do czego mnie głównie tam przesunięto.
Innym razem graliśmy ważny mecz wyjazdowy w Warszawie na boisku Olimpii. Niestety mimo dobrej gry z naszej strony sędziowie wzięli na barki wynik tego spotkania i po prostu „nas skręcili” (zresztą nie po raz pierwszy i ostatni). Przegraliśmy 0:1 i po meczu wściekłość nasza nie miała granic. Do szatni z boiska bocznego było dobre 200 metrów i w czasie schodzenia do niej razem z „Grubym” (Krzysiek Maciejewski) staraliśmy się „wytłumaczyć” arbitrom ich pomyłkę. W efekcie obydwaj wyłapaliśmy po czerwieni i musieliśmy to odcierpieć w kolejnych spotkaniach. Żółtych kartek miałem w każdym sezonie sporo (choć nie tyle co Jasio Zakrzewski) i czerwonych też kilka. Ale to była jedyna czerwień, którą wyłapałem będąc poza boiskiem.

Największe niespełnione marzenie i największy osiągnięty sukces w karierze zawodniczej?

RB: Nie udało mi się nigdy zagrać w najwyższej klasie rozgrywkowe (być może dlatego, że w pewnym okresie czasu nie traktowałem futbolu na serio), ani awansować z drużyną Pogoni do ligi wyższej (zawsze jakoś mijały mnie te awanse z różnych powodów). Zagrałem natomiast na zapleczu dzisiejszej Ekstraklasy (w barwach RKS-u Ursus Warszawa), ale przewlekła kontuzja i tam nie pozwoliła mi na dłużej zagościć.

Na jakim poziomie występował trener najwyżej w naszej drużynie?

RB: Mazowiecka Liga Seniorów (to taka dzisiejsza IV liga, bowiem wtedy nie było takiej nazwy) i IV Liga.

Wspominamy w naszych wywiadach również trenerów. Czy jest jakiś szkoleniowiec któremu trener najwięcej zawdzięcza?

RB: Z wieloma dobrymi szkoleniowcami miałem przyjemność współpracować, ale wspomniany powyżej Stanisław Jarzyna na początku mojej przygody z piłką był nie tylko dla mnie trenerem na boisku, ale i ojcem poza nim. Bardzo sobie chwalę fachowość i warsztat trenerski Panów Zygmunta Ocimka i Zbigniewa Kakietka. Dzisiaj takich trenerów trzeba szukać „ze świecą w ręku”.

Przez wiele lat miał trener możliwość grania z wieloma zawodnikami Pogoni. Czy któryś z graczy szczególnie zapadł trenerowi w pamięci, zarówno jeżeli chodzi o umiejętności sportowe jak i sposób bycia?

RB: Oj, wielu by było trzeba wymieniać (tych spełnionych i nie). O „Malinie” i „Grubym” już wspominałem. Z Waldkiem Tumińskim, Kazikiem Budą, Władkiem Dąbrowskim, czy Krzyśkiem Adamczykiem grałem krótko,
ale to byli profesorowie futbolu. Z naszych wychowanków w defensywie wielki potencjał mieli Krzysiek Deć, Darek Domański i Robert Sprawka. Niesamowitym talentem pilkarskim był grający w środku pomocy Stasiu Ejsmont, który na boisku mógł „nogą wiązywać krawaty” (i to tak jedną, jak i drugą). Nietuzinkowy, raczej o skromnych warunkach fizycznych, a nikt nie mógł mu zabrać piłki. Do tego fantastyczne uderzenie techniczne zza linii pola karnego. Dzisiaj w dużej mierze Kuba Kołaczek na boisku swoją grą przypomina mi „Suchego”. Marek Zdziebłowski to kolejny środkowy pomocnik o znakomitej technice. Długie crossy „Baryły” grane „na nos” były fenomenalne. Nie był on jednak tytanem pracy na boisku takim, jak Zenio Chyży. Ten biegał od pola karnego do pola karnego mijając po kilku rywali jak tyczki podobnie jak równie szybki Marek Majewski, Jancy Krzysio, czy Robert Kazubek. Inteligencją gry błyszczał filigranowy Rysio Poboży, a popłoch wśród obrońców rywali siał bramkostrzelny Sławek Domański i Tomek Feliksiak. Byli i ludzie „od czarnej” roboty jak choćby Leszek Ciesielski, Krzysiek Grudkowski, Darek Cisłowski, Krzysiek Kuran, czy Jacek Trojanowski. To tylko kilku z wielu bardzo ciekawych piłkarzy i kolegów, z którymi miałem niewątpliwą przyjemność grać przy M4.

Ponoć w pojedynkach w powietrzu nie było na trenera mocnych. Pewnie sporo bramek po strzałach głową trener zdobył?

RB: Tak ponoć „mówili na mieście”, ale coś w tym było. Uwielbiałem grę w powietrzu z racji swoich warunków fizycznych. A przy tym można było „wyrównać rachunki” z szybszym napastnikiem, bo niestety ta cecha motoryki nie była moją domeną. Faktycznie sporo bramek strzeliłem uderzeniem piłki głową i chyba wszystkie po stałych fragmentach gry. Najładniejszą grając w barwach Ursusa w meczu kontrolnym z Czuwajem Przemyśl (po rzucie rożnym z okolic rogu pola bramkowego w same „widły” bramki rywala).
🙂

Oprócz kariery zawodniczej był trener także szkoleniowcem seniorów zarówno pierwszej drużyny jak i drugiego zespołu. Czy pamięta trener swój pierwszy mecz w roli trenera?

RB: Jak najbardziej. Po raz pierwszy drużynę seniorów naszego klubu poprowadziłem w maju 1995 roku. Wspólnie z trenerem Andrzejem Miroszem przejęliśmy zespół po Jacku Olszko, który przegrywał mecz za meczem. Udało się nam dosyć szybko przełamać fatalną passę meczem u siebie z Błękitnymi Raciąż po wygranej 3:0 (bramki w tym spotkaniu strzelali Kazubek, Chyży i Maciejewski). Warto przypomnieć skład z tego spotkania: Malinowski – Sprawka, Maciejewski, Domański, Ciesielski – Zakrzewski, Chyży, Grudkowski, Banaszek (Trojanowski) – Ejsmont, Kazubek (Feliksiak)

Przez wiele lat prowadził trener zespół rezerw który w większości tworzyli młodzi zawodnicy. Czy teraz po czasie może trener wyróżnić tych którzy szczególnie się wyróżniali?
A może też są tacy którzy mogli i powinni osiągnąć więcej?

RB: Z grających jeszcze obecnie, a troszkę starszych na pewno Patryk Wojacik i Konrad Lonc. Z młodszych Kamil Przyżycki, Sebastian Dziewulski i Kajetan Mordaka (ten ostatni jest obecnie w kadrze I zespołu). Z nie grających już Kamil Wójcik i Maciej Kurowicki (ten pograł trochę na poziomie III Ligi, gdy Pogoń awansowała poprzednio na ten poziom rozgrywek). Odrębną postacią jest „niesforny”, ale wielce utalentowany Damian Rakoczy. Oj „zalazł mi za skórę” strzelając bramki w meczach przeciwko rezerwom Pogoni, gdy grał w barwach Żyrki. Ale taka jest praca trenera – szkolisz zawodnika i nie wiesz czy i kiedy zagra przeciwko tobie. Nie mniej jednak szkoda, bo uważam że dzisiaj by skutecznie powalczył u trenera Chrobaka o 18-ę meczową.

W Pogoni jest trener od wielu, wielu lat. Jak przez ten okres czasu zmieniał się nasz zespół. Jak trener myśli, pytam jako byłego zawodnika, trenera, działacza gdzie jest „sufit” tego zespołu w przyszłości?

RB: Przy tej kadrze zawodników jakimi dysponuje obecnie trener Chrobak stać nas nawet na pierwszą 6-ę w III lidze. Do tego tak organizacyjnie, jak i finansowo jesteśmy na to przygotowani co jest zasługą Zarządu Klubu, Prezesów w osobach Panów Marka Finkowskiego i Michała Śliwińskiego, Burmistrza naszego miasta Pana Grzegorza Benedykcińskiego oraz wielu sponsorów naszego klubu.
W niedalekiej przyszłości jeśli zostanie zmodernizowany i rozbudowany stadion przy M4 (a są na to szanse przy współpracy z Legią Warszawa) możemy pokusić się nawet o II Ligę. I więcej dla takiego miasta jak Grodzisk Mazowiecki nie trzeba. Pierwsza drużyna na poziomie II ligi, druga na poziomie IV ligi oraz sprawnie i efektywnie działająca Akademia Piłkarska…………ponoć marzenia czasami się spełniają.

Jako były zawodnik, trener jaką radę, receptę na osiągnięcie sukcesu w sporcie miałby trener dla młodych zawodników których marzeniem jest gra na zawodowym poziomie?

RB: Nigdy nie należy się poddawać i kiedy się już coś osiągnie, to trzeba koniecznie „podnosić sobie poprzeczkę”. Jak mawiał wspaniały rumuński trener Anghel Iordănescu (którego miałem przyjemność poznać w Szkole Trenerów Polskiego Związku Piłki Nożnej) w drodze do sukcesu zawodnika liczą się tylko trzy rzeczy – praca, praca i jeszcze raz praca.

W piłkę grał trener, syn Paweł, a czy wnuczka ulubioną zabawką również jest piłka?

RB: Jak najbardziej. Oliwier skończył 3 lata, kopie piłkę lewą i prawą nogą (a ma ich w domu tyle, że można się o nie zabić). Paweł już by chciał go zaprowadzić na trening, ale jeszcze troszkę jest za mały. Liczymy na Akademię Pilki Nożnej oczywiście Pogoni, gdzie się kiedyż zapewne pojawi z tatą kontynuując rodzinne tradycje w tym klubie.

Dziękujemy trenerowi za te wszystkie lata w których trener występował jako zawodnik Pogoni, jako jej trener oraz działacz. Czego możemy życzyć, my kibice, trenerowi?

RB: Nie będę odosobniony, jeśli powiem, że zdrowia. Mimo wielu „wiosen na karku” my starzy „kopacze” spotykamy się dwa razy w tygodniu na boisku w fajnym gronie wspominając często „dla nas” czasy nie tak odlegle. Na koniec chciałbym podziękować wszystkim z którymi miałem przyjemność współpracować w minionych latach w czasie trwania mojej przygody piłkarskiej i trenerskiej. I oczywiście kibicom za pamięć, bo my piłkarze i trenerzy byliśmy i jesteśmy dla Was.